Portfolio

Całą drogę z Krynicy Górskiej do Gdańska siedział w przedziale pociągu i płakał. Nic nie mówił, z nikim nie rozmawiał. Nie opowiadał kawałów, jak zwykle. Nie śpiewał. Nie wygłupiał się z kumplami. Nie wyrzucał papierków ani ogryzków przez okno patrząc, czy nie trafią w czyjąś twarz z przedziału obok, co wywołałoby oczywistą salwę śmiechu. Nie opowiadał o najlepszych meczach NBA, o rzutach za trzy i dryblowaniu. Nie jadł kanapek z serem i pomidorem ani jajek z majonezem. Nie popijał ani coli ani soku pomarańczowego. Właściwie nie robił nic. Tylko płakał. Najpierw delikatnie, prawie niezauważalnie. Łza po łzie spływała po jego małych śniadych policzkach. Czasem zatrzymywała się na nosie. Czasem docierała aż do ust. Raz na jakiś czas zawija aż na podbródek i kapała na koszulkę tworząc niewielkie mokre plamy, które starał się nieudolnie ukryć.

Jego płacz, niesłyszalny dla uszów innych pasażerów z powodu hałasu panującego w przedziale, zdawał się wyłaniać z tego ogólnego kolejowego krajobrazu podróżnego niczym niemy krzyk osoby, która z jednej strony usilnie stara się pozostać niezauważoną, z drugiej jednak rozpaczliwie woła o pomoc. Był jak przekaz od samobójcy chcącego pozostać anonimową osobą publiczną, nieznanym celebry tą. Osobą publiczną żyjącą z dala od świateł jupiterów.

Najdziwniejsze było to, że nikt z jego współtowarzyszy podróży ani nie zobaczył łez na jego twarzy, ani też nie usłyszał jak pomału lecz ciężko i głośno opadały na jego piersi. Wszyscy zajęci byli rozmową i wygłupami. Swoimi sprawami. Ważniejszymi sprawami. Bo kogo mogły obchodzić jakieś głupie łzy? Jesteś spoko ziomek gdy sypiesz kawałami i głupimi tekstami. Jesteś fajny gdy się wygłupiasz i robisz z siebie błazna. Gdy grasz w karty lub cokolwiek innego. Gdy nie pasujesz do tego obrazka stajesz się po prostu nieatrakcyjny. Przynudzasz i smęcisz. Więc najlepiej rób to w samotności i niezauważalnie nie psując innym zabawy. To nic, że jeszcze chwilę temu byłeś częścią drużyny, byłeś w teamie. Teraz mamy już cię w dupie.

Mimo tego całego zgiełku, zauważyłem. Mimo kilku przedziałów pełnych moich wychowanków z kolonii, dostrzegłem te łzy i smutek rozdzierający serce Andrzeja. Spojrzałem na jego ukrytą w tych małych jedenastoletnich dłoniach mokrą od łez twarz. Szukałem pośpiesznie jego wzroku. Patrzę. Nie widzę. Najpierw odwraca oczy, jakby chcąc je ukryć jak najgłębiej. Jakby wstyd nie pozwalał mu być sobą i hamował te silne emocje, które w końcu i tak wygrały. Jest. Spotkanie naszych oczu. Tak pośpieszne i zarazem wymowne. To niesamowite jak wiele trwające jedną sekundę spotkanie spojrzeń potrafi przekazać, jak wiele powiedzieć nie wypowiadając ani jednego słowa. Ile bólu i smutku może wyrazić bez użycia pędzla i płótna. Jedna sekunda. Rentgen duszy. Szybki i kompleksowy.

Niedawno skończyłem ogólniak i pomyślałem, że to całkiem dobry pomysł pojechać na jakąś kolonię w roli wychowawcy. Od zawsze kochałem dzieci i młodzież. ‘Może być fajnie’, pomyślałem. Tym bardziej, że miałem jechać razem z moja dziewczyną a jej siostra miała być tam kierowniczką. No i kochałem też góry. Gdy byłem małym chłopcem jeździliśmy tam co roku z rodzicami a potem już sam z siostrą na kolonie. Właściwie prawie każde wakacje mojego dzieciństwa spędzałem w jakichś górach. Piękny piętrowy drewniany domek w malowniczej dolinie. Mały balkonik z widokiem na szczyt górski. Wszędzie wokoło lasy i łąki. Jakiś strumyk. Do centrum było kilka kilometrów, które razem z naszymi grupami bez problemu i z przyjemnością pokonywaliśmy pieszo. Pamiętam, że po drodze zawsze mijaliśmy stację benzynową.

Grupa chłopaków, której byłem wychowawcą, była po prostu niesamowita; pokochałem ich wszystkich od pierwszego apelu. Albo śniadania. Byli w różnym wieku; najmłodszy miał jakieś dziesięć, najstarszy piętnaście. Każdy był inny, wyjątkowy. Ale razem tworzyliśmy niepowtarzalny i strasznie zgrany team. Taki prawdziwie męski team. Te dziesiątki wspólnie przemierzonych górskimi szlakami kilometrów, te wszystkie wspólne posiłki, wygłupy, gry, zabawy zbliżyły nas bardzo do siebie. Ale przede wszystkim te wieczorne rozmowy. Do późna. O czym? O życiu. O przyjaźni, miłości, rozczarowaniach. O tym jak powiedzieć dziewczynie, że mi się podoba. Albo że się zakochałem. O rodzicach, czasem zbyt surowych, choć kochających. Czasem ciągle krzyczących i mających pretensje. Nie rozumiejących nastoletniego świata. O pasjach. O muzyce i książkach. O marzeniach spełnionych i tych jeszcze nie. O tym kim chcielibyśmy zostać w przyszłości i dlaczego pieniądze to nie wszystko. I te karty co wieczór. Rżnęliśmy w nie na kwadratowym drewnianym stole stojącym po lewej stronie od drzwi do pokoju, obok piętrowych łóżek. Niewiarygodne, że choć minęło od tego czasu prawie dwadzieścia lat wciąż widzę dokładnie ten pokój. Wciąż widzę ich uśmiechnięte twarze. Wciąż słyszę ich głosy. I pytania:

-Krystian? Zagramy dziś w karty?

I ta iskra prawdziwej radości w ich oczach gdy usłyszeli jak co dzień odpowiedź:

-Tak, jasne.

Wpadałem więc do nich na karty i te wieczorne rozmowy o życiu. Mimo, że moja dziewczyna nie była z tego do końca zadowolona. Bo w końcu zabierali jej trochę mnie. Zabierali jej nasz czas. Wiem, że trochę to rozumiała a trochę nie. Wiem, że jakaś część jej serca próbowała jej to mniej lub bardziej racjonalnie wytłumaczyć. Wiem, że czasem było jej przykro. Wiem, że zwykle zapominała i wybaczała. Wiem, że jest tak do dziś, gdy czasem wykradam kilka minut czy dni z naszego prywatnego czasu mojej dziewczynie, którą czasem nazywam też dziś żoną, i spędzam wieczory i noce i dnie z moimi nastoletnimi przyjaciółmi. Wiem.

– Przecież to nienormalne, żeby przyjaźnić się z ludźmi młodszymi od siebie o jakieś dwadzieścia lat – słyszę nie raz z tych czy innych ust.

Wtedy byłem starszy zaledwie o kilka lat. Od tamtego czasu nie zmieniło się nic. No, poza tym, że bywam trochę starszy od moich najmłodszych przyjaciół. Bo tak właśnie ich nazywam. Nie wszystkich, rzecz jasna. Bo więź przyjaźni nie tworzy się chyba między wszystkimi ludźmi, prawda? Gdyby tak było każdy byłby przyjacielem każdego. I to chyba byłoby bez sensu. Sam do dziś nie wiem jak to się dzieje, że ktoś nagle staje się twoim przyjacielem. A ty jego. Że wasze serca w jakiś tajemniczy i niewytłumaczalny sposób zaczynają bić w podobnym rytmie. Że wasze światy w jakiś cudowny i mistyczny sposób zaczynają na siebie nachodzić, spotykać się i przenikać wzajemnie. I już nie ma dwóch osobnych światów, lecz jest jeden. Wspólny. Inny, wyjątkowy, bo stworzony tylko z dwóch konkretnych, tak wyjątkowych i niepowtarzalnych, światów. Wzbogacony o obustronnie wniesione do niego skarby. Radość pomnożona, smutek podzielony. Boże, jakie to jest wspaniałe. To wzajemne przenikanie się światów zwane powszechnie przyjaźnią. Nie wiem, czy istnieje na świecie coś równie cudownego.

-Dlaczego płaczesz? – zadałem jedno z najgłupszych pytań w moim życiu.

Cisza. To znaczy nie zupełna. Bo słychać było ciche łkanie i dźwięk spadających na policzki łez.

-Co się stało? – zadałem kolejne bezsensowne pytanie.

Znowu nic. Nie wiedziałem, co robić. Jak pomóc mojemu małemu przyjacielowi. Jak go pocieszyć. Jak pokazać, że jestem z nim.

-Powiedz mi, proszę – dodałem ze smutkiem.

-Ale nie tutaj – wykrztusił w końcu z siebie Andrzej.

Rozejrzałem się dokoła. Rzeczywiście, nie było to miejsce sprzyjające intymnym rozmowom dwójki przyjaciół. Przelotnie ujrzałem twarze pozostałych kolonistów i żadna z nich nie wydawała się być zainteresowana tym, co działo się między nami. Jakbyśmy istnieli w innym świecie, w innej czasoprzestrzeni. Jakbyśmy byli z innej bajki, do której oni wszyscy nie mieli wstępu. Jakbyśmy mówili językiem zrozumiałym tylko dla nas.

Codziennie po śniadaniu wychodziliśmy w góry. Łaziliśmy po nich dobrych kilka godzin. Czasem kilkanaście. Dla przeciętnego jedenastolatka był to nie lada wyczyn. Sportowcom było trochę łatwiej. Zawsze wracaliśmy zmęczeni.

-Weź mnie na barana – poprosił kiedyś Andrzej.

-Nie ma sprawy – odpowiedziałem z radością na ten pomysł.

I tak nosiłem na plecach mojego małego przyjaciela przez kolejne kilkanaście dni. Czasem aż do naszego domu. Aż na piętro. Aż do pokoju. Nie był zbyt ciężki. Ani duży. Właściwie to był mały. I miał wyjątkowo ciemną karnację skóry. I wielkie brązowe oczy. Wyglądał więc jak typowy gracz NBA. No, z wyjątkiem wzrostu.

-Lubisz koszykówkę? – zapytał pewnego razu.

-Lubię ale nie jestem jakimś wielkim fanem – odpowiedziałem.

W szkole bardzo lubiłem grać w kosza i byłem nawet całkiem dobry. Poza tym często grając w grę zwaną ‘królem’ spędzaliśmy przerwy oraz wakacyjne dni. Najbardziej lubiłem włazić do góry na kosz, gdy utknęła na nim piłka. W ogóle gdy byłem mały uwielbiałem wszędzie się wspinać. I włóczyć się po dachach. Albo siadać na kominach. Kochałem wspinać się jesienią na kasztanowce i miałem mega frajdę, gdy mogłem wejść na samą górę i strząsać z gałęzi kasztany. Ja i moi kumple zawsze mieliśmy ich najwięcej, bo prawie nikt nie miał tyle odwagi, żeby wleźć tak wysoko, jak ja. Byłem kasztanowym mistrzem podwórkowym.

A więc spędzaliśmy razem popołudnia i wieczory podczas których Andrzej opowiadał mi o swoich sportowych idolach. I chodziliśmy razem do pobliskiego sklepu po napoje lub czipsy. Oczywiście, na barana. Zbiegaliśmy jak Indianie po kamienistej ścieżce prowadzącej od naszego domku do spożywczaka ukrytego między drzewami. Pewnego razu, oprócz coli, kupiłem mu koszulkę z Michaelem Jordanem. Niewiarygodne, że w małym wiejskim sklepiku, gdzieś u podnóża gór, dostałem właśnie koszulkę z gwiazdą koszykówki, co nie? Sam nie mogłem w to uwierzyć. To nic, że była za duża o jakieś dwa rozmiary. ‘Koszykarze zawsze noszą za duże ubrania’, pomyślałem.

Rozejrzałem się dokoła wiedząc, że muszę szybko podjąć decyzję. Wszystkie przedziały były pełne ludzi, łącznie z korytarzem. Nigdzie nie mogłem znaleźć miejsca na spokojną rozmowę w cztery oczy.

-OK., chodź za mną – powiedziałem do Andrzeja.

Opuściliśmy wagon drugiej klasy i weszliśmy do pierwszego wolnego przedziału w pierwszej. Zajęliśmy miejsca. Wymieniliśmy spojrzenia. Wiedziałem, że nie mamy biletów na pierwszą klasę ale jakoś na pewno uda mi się to wytłumaczyć konduktorowi, który zjawił się już po chwili.

-Powiesz mi o co chodzi? – zapytałem spojrzawszy na wciąż zapłakane oczy mojego przyjaciela.

-… bo mam takiego wspaniałego przyjaciela i teraz go stracę – wyrzucił w końcu z siebie Andrzej.

Taki niby byłem mądry i empatyczny a nie przyszło mi do głowy, że to może być powodem jego smutku. Jedyne, co mogłem w tej sytuacji zrobić, to przytulić go i powiedzieć:

-Nie stracisz. Obiecuję.

Nieśmiało zerknął na mnie swymi wielkimi brązowymi oczami jakby nie dowierzając w to, co właśnie usłyszał.

-Dajesz słowo? – zapytał cichutko, wciąż płacząc.

-Tak, daję ci moje słowo! Będę cię odwiedzał. A ty mnie – zapewniłem go. –Mieszkamy przecież blisko od siebie.

Wydawało mi się, że uwierzył. I zrozumiał. Pogadaliśmy jeszcze chwilę i wróciliśmy do naszego wagonu. Było lepiej. Dużo lepiej. W jego oczach znowu zagościła radość. Prawie taka, jak tamtego dnia, gdy w Krynicy lało cały dzień. I gdy mówię lało, mam na serio na myśli, że woda wylewała się z chmur i uderzała z wielką siłą i rozmachem w ziemię. Nie tam sobie jakiś deszczyk. Wracaliśmy z miasta do naszego domu. Najpierw ukrywaliśmy się w sklepach po drodze. Potem ci, co mieli, założyli kurtki przeciwdeszczowe. Po chwili okazało się, że niewiele pomogły. Byliśmy wszyscy przemoczeni na maksa. Wszystko. Kurtki, bluzy, koszulki, spodnie, buty, skarpetki. Nawet majtki.  Wszystko ociekało wodą a mimo to musieliśmy iść dalej. Inni wychowawcy zaczęli się denerwować i okrywać swoich wychowanków dachem z parasoli, kurtek i płaszczy foliowych, co było raczej komiczne, bo totalnie nic nie dawało. Bo po co chronić przed deszczem całkowicie już i tak mokre ciało? I jeszcze się z tego powodu denerwować i spinać?

– Odłóżcie, proszę, wszystkie parasole, bo i tak nic wam nie dają – powiedziałem do mojej grupy. – Zamiast się martwić, że zmokniecie, chociaż już chyba bardziej nie można, spróbujcie cieszyć się tym deszczem.

Spojrzeli na mnie z niedowierzaniem, jak na wariata, nie bardzo wiedząc, o co mi chodzi.

-No dalej, zaczynamy biegać i skakać po kałużach! – dorzuciłem i aby nie być gołosłownym (może tylko gołym), pierwszy dałem przykład pokazując, co mam na myśli.

Jeden odważny koleś wskoczył obiema stopami do ogromnej kałuży, w której woda sięgnęła mu do kolan! Inni szli dalej miarowym krokiem, wciąż zbyt nieśmiali, by pójść w jego ślady.

– Ale skaczemy porządnie, panowie, nie jak jakieś cioty! – krzyknąłem widząc, jak niektórzy nieporadnie i delikatnie próbują wejść w środek kałuży zamiast, jak normalni ludzie i wszyscy inni koloniści, omijać je szerokim łukiem. Jeśli nigdy wcześniej tego nie próbowaliście, sami sprawdźcie, że to nie takie proste. Mózg  mówi wam, że kałuże należy omijać. Doświadczcie sami, ile trzeba siły woli, aby świadomie całą stopą wejść w butach w głęboką kałuże. I potem znowu. I znowu. I jeszcze raz. I iść tak przez dłuższy czas. Niesamowite jest, jak bardzo jesteśmy uwarunkowani. Jak bardzo ograniczeni i zalęknieni. Jak bardzo boimy się złamać normę społeczną czy zasadę wpojoną nam od dziecka. Nieważne, jak mało ważną czy jak bardzo głupią.

Po kilku minutach, ku oburzeniu innych pań wychowawczyń i ku zazdrości ich wychowanków, cała moja męska grupa nie tylko wchodziła obiema stopami do największych i najgłębszych kałuż, lecz również do nich wskakiwała, chlapiąc na siebie nawzajem i śpiewając wesołe deszczowe piosenki. Nigdy w życiu nie byłem tak mokry i to razem z grupą kilkunastu osób. Nigdy w życiu nie doświadczyłem tak spontanicznej radości, która była totalnie za darmo. Do dziś mam przed oczami te olbrzymie kałuże, do których wskakujemy obiema stopami, przez te kilka kilometrów od centrum do naszego małego domku w górach.

Oczywiście, nie obyło się bez jakiegoś tam przeziębienia. Cóż za brak odpowiedzialności, prawda? Wystarczyło trochę czosnku, samorobnego syropu z cebuli i wody z cytryną, by za jakiś czas wszyscy poczuli się lepiej. Syrop zrobiłem i podawałem sam osobiście. Paradoksalnie, najbardziej przeziębiony był Andrzej. A może tylko chciał być? Zostałem z nim w domu jeden dzień, gdy pozostali znowu wyszli w góry. Kolejne rozmowy o życiu. Kolejne partie kart. Zamiast na kwadratowym drewnianym stole, na jego łóżku. Koszykówka i takie tam tematy. Tak cudownie i pomału mijały nam te wspólne minuty. Chyba oboje nie chcieliśmy, by szybko wracał do zdrowia. Ale wrócił. Szybciej, niż się spodziewaliśmy.

Pociąg dojechał do celu. Pełen nadziei na trwałość naszej przyjaźni, Andrzej już nie płakał. Był szczęśliwy. Wierzył, że będzie dobrze. Że będziemy przyjaciółmi całe życie. Że będziemy się odwiedzać i dzielić marzeniami. Że pogramy razem w koszykówkę i w karty. Że może kiedyś jeszcze pojedziemy razem w góry, pójdziemy razem na zakupy, że wezmę go na barana i poskaczemy po kałużach w czasie ulewy. Wierzył. I ja też wierzyłem.

Pierwszy raz odwiedziłem go kilka dni po powrocie. Zadzwoniłem do jego mamy i poprosiłem o zgodę. Wydawała się być bardzo pozytywna. Wiedziałem od Andrzeja, że była nauczycielką i miała jeszcze dwójkę innych dzieci. Pomyślałem więc, że ma spore doświadczenie jeśli chodzi o kontakty z dziećmi i młodzieżą. Spod dworca odebrał mnie autem jego dziadek. Przyjęli mnie bardzo miło. Zjedliśmy razem obiad.

– Na pewno chcielibyście pogadać sobie trochę sami – zauważyła po obiedzie mama Andrzeja. – Synku, pokaż Krystianowi swój pokój.

Jak się mogłem spodziewać, pokój pełen był plakatów z gwiazdami NBA. Posiedzieliśmy trochę na kanapie, wypiliśmy herbatę. Poznałem jego młodsze rodzeństwo. Potem postanowiliśmy przejść się na spacer do parku. Łaziliśmy sobie alejkami tak, jak jeszcze niedawno szlakami górskimi. Robiliśmy konkursy, kto dłużej wytrzyma chodzić po krawężniku. Zawsze to lubiłem i lubię do dziś. Pamiętam, że rozmawialiśmy wtedy o przyszłości. O tym, kim on chciałby zostać. I o naszej przyjaźni. Letnie zachodzące słońce oświetlało nasze radosne serca a delikatny wiatr zdawał się szeptać o przyjaźni dwóch takich, co to spotkali się gdzieś tam przypadkiem w jakichś górach. Nikt z nas nie podejrzewał, że wtedy widzieliśmy się ostatni raz w życiu. Nikomu z nas nie przyszło do głowy, że już nigdy więcej nie zagramy w te cholerne karty, nie pogadamy o koszykówce, o Bogu, o dinozaurach… o niczym. Że już nigdy nie spojrzymy sobie w oczy i nie wymienimy tego spojrzenia łączącego nasze dwa światy.

Nic nie wskazywało na to, by mama Andrzeja miała coś przeciwko naszej przyjaźni. I według mnie tak naprawdę w głębi serca nie miała. Myślę, że była dobrym człowiekiem. Ale mama Andrzeja, jak to każda mama i każdy tata i, niestety, każda osoba na świecie, żyła w społeczeństwie. A jeśli żyjesz w społeczeństwie, nie możesz słuchać tylko swojego serca. Albo nawet serca i rozumu, bo ten drugi też czasem się przydaje (choć do końca nie odkryłem jeszcze do czego…) Jeśli żyjesz w społeczeństwie, musisz słuchać jeszcze głosu społeczeństwa. To znaczy swojej matki i ojca, siostry czy brata, kolegi z pracy, koleżanki z osiedla, sąsiadki. To znaczy chyba nie musisz. Ale nie każdy jest na tyle silny, by potrafić słuchać tylko własnego serca. W sumie to mało kto jest. Żyjemy w społeczeństwie. Żyjemy pod presją. Żyjemy wśród norm społecznych, które z normami serca nie mają wiele wspólnego. Mamy nawet czasem własne zdanie, słyszymy nawet nie raz głos tego serca ale rzadko mu ufamy i jesteśmy raczej skłonni uwierzyć społeczeństwu. Bo przecież jeśli wszyscy tak robią, to to jest chyba dobre. Ufamy temu, co pewniejsze, spokojniejsze. Co niesie za sobą mniejsze ryzyko. Boimy się słuchać swego serca nawet za cenę rezygnacji ze szczęścia. Naszego bądź osób nas bliskich. I tak przeżywamy życie nie żyjąc tak naprawdę ani przez chwilę.

– Rozmawiałam z psychologiem i on powiedział, że taka przyjaźń między osobami o tak dużej różnicy wieku nie jest normalna.

Ja przepraszam, że co kurwa…? ‘O dużej różnicy wieku’… całe osiem lat. W późniejszym wieku często nawet nie zauważamy takiej różnicy. Czasem nawet osoba młodsza od ciebie o piętnaście lat wygląda starzej niż ty. Czasem widzisz na ulicy koleżankę żony z podstawówki i pytasz ją, czego ją uczyła. Czasem pytasz uczennicę dlaczego przyszła na spotkanie z babcią, zamiast mamą, nie podejrzewając, że to nie babcia, tylko mama. Albo siostra. Lub jeszcze myślisz sobie, dlaczego ona przyszła na zebranie z siostrą nie wiedząc jeszcze, że to mama. Czym jest wiek? Czy ten koncept znany jest sercu? Czy ma jakiekolwiek odniesienie do przyjaźni i miłości?

– Chciałabym, by mój syn miał przyjaciół w swoim wieku. Psycholog też tak uważa. Lepiej zakończyć to teraz, bo potem może już być za późno – dorzuciła.

Zaniemówiłem i szczerze nie wiedziałem, co jej odpowiedzieć. Jako matka miała prawo. Chyba. Nie wiem zresztą. Pamiętam tylko, że powiedziałem coś w stylu:

– Wie pani, że on będzie bardzo cierpiał…?

Na co ona odpowiedziała coś w stylu:

– Myślę, że z czasem zapomni.

Gdy po czasie doszło do mnie, co zrobiła ta matka, napisałem do niej list. O naszej przyjaźni. O rozmowach. O małym księciu, róży i baranku. O oswojeniu i radości na każde spotkanie. O tym, co jest ważne w życiu. O sercu. O koszykówce. O górach. O łzach. I o tym, że ja pierdolę ale chyba kurwa nie rozumiem. Nie napisałem nic negatywnego. Nie żaliłem się. Nie miałem jej tego za złe. Nie wiem, może podświadomie od tamtego czasu tak nie lubię psychologów bo uważam, że mimo wszystko i z całym szacunkiem dla nauki ale serca nie da się wrzucić w żadne ramy badania psychologiczne normy zasady testy i tabelki.

I wiecie dlaczego najbardziej było i wciąż czasem jest mi smutno? Po pierwsze, że się tak łatwo poddałem. Że byłem za młody, za słaby, by walczyć o tę przyjaźń. Po drugie, że złamałem przysięgę. Że dałem memu przyjacielowi słowo w momencie, gdy tego bardzo potrzebował. Że obiecałem mu, że nasza przyjaźń przetrwa a on mi zaufał. Nie wiem co mu powiedziała jego kochająca matka i jak długo cierpiał. Nie wiem, czy miał i ma do mnie żal. Nie wiem, jaki sens miała ta nasza przyjaźń. I dlaczego spotkaliśmy siebie na swojej drodze życia. Nie wiem. Wiem jednak, że warto walczyć. O przyjaźń, która nie zdarza się co dzień i której nie znajduje się tak po prostu na ulicy. Jeśli twoje serce mówi ci, że jest częścią jakiegoś innego serca i że twój świat jest częścią jakiegoś innego świata, nie rezygnuj. Bo to najpiękniejsze, co może przytrafić ci się w życiu. W życiu, które jest cudowne. Zwykle.