Portfolio

Martin Black wpadł do redakcji London Life jak burza, potykając się po drodze o wszystko, co tylko możliwe: kosze na śmieci, doniczki z kwiatami, krzesła, wpadając na swoich kolegów i koleżanki z pracy, rzucając tu i ówdzie pospieszne ‘cześć, ‘dzień dobry’ czy ‘tak, wiem, znowu jestem spóźniony!’ Przerażenie w jego oczach lub raczej na całym drżącym ciele zdawało się krzyczeć na całe gardło: ‘Nawaliłem! Wiem! I kurwa chyba straciłem tę pieprzoną pracę!’ Zdziwione twarze wszystkich, których mijał w drodze od wejścia do budynku redakcji, poprzez hall, windę i korytarze wydawały się potwierdzać jego wewnętrzne obawy diabelskim szeptem powtarzając: ‘Nawaliłeś Martin. Twoje życie jest skończone. Nie ma już dla ciebie ratunku!’ Czuł się jak w jakimś zaklętym kręgu pełnym opętanych ludzi, którzy przecież byli jego przyjaciółmi. Widział ich rozszerzone do granic źrenice, słyszał szum ich głosów mieszący się z odgłosami przychodzących faksów, dzwoniących telefonów, uderzanych palcami klawiszy komputerów,  i nie wierzył, że to się dzieje naprawdę.

– Już tu nie pracujesz, gnoju! – krzyknął na przywitanie Prezes. – Od trzech miesięcy nie napisałeś niczego sensownego. Niczego, co mogłoby utwierdzić mnie w przekonaniu, że warto w ciebie wierzyć. Twój artykuł życia miał być gotowy dzisiaj na dziewiątą zero zero. Sorry, Martin, spóźniłeś się o jakieś dwie godziny. – dodał Prezes wciąż wzburzonym głosem.

– Tak, wiem, ale najpierw ten korek spowodowany wypadkiem na College Road, potem jakieś tajemnicze opóźnienie linii Bakerloo na stacji Queen’s Park, bo jakiś debil chciał popełnić samobójstwo i jeszcze…

-Daj spokój! – przerwał mu gwałtownie Prezes. – Co mnie to wszystko kurwa obchodzi? Deadline to deadline! Rozumiesz znaczenie tego słowa? DEADline? – powtórzył Prezes z wyraźnym naciskiem na DEAD. A ten artykuł, który masz w torbie, to i tak z pewnością jakiś kolejny gówniany gniot.

– Daj mi jeszcze jedną szansę! – z rozpaczą w głosie krzyknął Martin. – Błagam!

– A idź do diabła, Martin! – odpowiedział bardzo zawiedziony Prezes. Jego rozczarowanie swoim kilkuletnim i cenionym redaktorem było ogromne.

– Pójdę, jeśli chcesz, do diabła! – odpowiedział Martin bez chwili zastanowienia. – Tylko mnie nie zwalniaj, proszę. Napisałem dla ciebie mnóstwo świetnych artykułów, jestem dobry, wiesz o tym dobrze! – próbował przekonać swojego szefa.

– Wiesz co, mimo, że zawiodłeś mnie tak, że już chyba bardziej nie można, nie mam nic do stracenia.  – zaczął już spokojniej Prezes. – Według mnie twój czas w London Life już minął. Napisałeś wiele rewelacyjnych artykułów, zarobiłeś trochę pieniędzy. Dzięki mnie stać cię było na skromny choć przyzwoity dom w Londynie i wakacje raz na rok. Nie mogę pozwolić, by przez ciebie moje pismo spadało w dół.

Martin jeszcze nie do końca rozumiał, co Prezes starał się mu przekazać. Pozytywnym wydawał mu się fakt, iż mówił już dość spokojnie a i on sam przestał już się trząść. W jego głowie pojawiła się nadzieja.

– A więc, mój drogi – ciągnął dalej Prezes. – Przekażę twoje stanowisko komuś innemu, dzięki czemu będę mógł spać spokojnie. A ciebie wysyłam na przymusowy urlop. Nie wiem, zabierz Kate i dzieciaki w jakieś urokliwe miejsce. Odpocznij. Przemyśl wszystko trzy razy. I znajdź taki temat artykułu, który dosłownie zwali mnie z nóg i sprawi, że wybaczę ci wszystko. Mało tego, dostaniesz sporą podwyżkę, nowy służbowy samochód i… może coś jeszcze. Masz 66 dni, czyli nieco ponad dwa miesiące. Albo nie, zaczekaj. 66 dni i 6 godzin! Teraz wszystko zależy od ciebie – podsumował z lekkim już uśmiechem Prezes.

– Dzięki, szefie! – krzyknął radością Martin. – Zrobię wszystko, by ciebie zadowolić! Obiecuję, że cię nie zawiodę! – krzyczał dalej. – Jesteś najlepszym Prezesem na świecie! Jesteś cudowny! – nie przestawał Martin.

– A idź do diabła! – krótko i stanowczo zakończył rozmowę Prezes London Life.