Portfolio

- A idź do diabła! – krótko i stanowczo zakończył rozmowę Prezes London Life.
Ostatnie słowa Prezesa długo jeszcze brzmiały w uszach opuszczającego budynek redakcji London Life Martina. Porannemu zdenerwowaniu ustąpiło miejsca wyraźne podniecenie. Wyzwanie rzucone przez szefa wydawało się być tym, czego teraz potrzebował najbardziej. Teraz, gdy jego życie było na tyle ustabilizowane, że mógł pozwolić sobie na jakieś ryzyko. Właściwie, nie tyle mógł sobie pozwolić, co nie miał wyjścia. Przecież w pewnym sensie właśnie stracił pracę i tylko od niego zależeć będzie, czy do niej wróci. No, może nie do końca tylko od niego, ale przynajmniej Martin w tym momencie tak właśnie myślał. Ufał szczerze, że wkrótce całe jego życie się odmieni i spotka go niezwykła przygoda, której tak naprawdę wcale nie potrzebował.
Wychodząc z redakcji już nie pędził, jak z rana; szedł spokojnym krokiem uśmiechając się do mijanych po drodze twarzy pracowników budynku przy 66 Regent’s Street. Rzuciwszy ochroniarzowi zdawkowe ‘Miłego dnia!’ opuścił budynek London Life i nawet przez myśl mu nie przeszło, że już nigdy tam nie wróci. Przynajmniej nie w tej samej roli. Skręcił w lewo, minął pięciogwiazdkowy Hotel Cafe Royal, gdzie nieraz wpadał na drinka, przeciął Shaftesbury Avenue, rzucił jak zwykle okiem na swoje ulubione, jeszcze trochę blade od porannej londyńskiej mgły, zachęcające do wychylenia szklaneczki zimnej Coca-Coli czy przegryzienia zawsze przesolonych frytek w McDonaldzie, neony na Piccadilly Circus, wrzucił tradycyjnie pięćdziesiąt pensów ulicznemu grajkowi i skierował się do stacji metra znajdującej się tuż pod statuą greckiego boga miłości, Erosa. Zatrzymał się jednak jeszcze na chwilę, by posłuchać do końca ‘Hey Jude’ Beatlesów. Uliczni grajkowie byli jedną z jego słabości. Po prostu nie potrafił przejść obojętnie obok człowieka, który według niego przyczyniał się do czynienia jego ukochanego miasta pięknym bardziej, niż sam burmistrz i wszyscy politycy razem wzięci. A jeśli na dodatek grał jeszcze którąś z jego ulubionych piosenek, zawsze znajdował kilka minut, by wysłuchać jej do końca i podziękować artyście. Nieważne, czy śpiewał a capella, czy grał na gitarze lub saksofonie. Nie mógł pojąć, jak inni mogą przechodzić obok z taką obojętnością, nie poświęciwszy na ten wysublimowany rodzaj sztuki choćby jednej zdechłej minuty swego zasranego pracą dnia.
Od stacji Piccadilly Circus, która znajdowała się zaledwie trzy minuty pieszo od budynku redakcji, do stacji Kensal Green, na której wysiadał wracając do domu, dzieliło go dokładnie 11 stacji. Często zastanawiał się, czy to przypadek, że jest ich właśnie 11. Dlaczego nie 8 czy 14,ale właśnie 11? Tamtego chłodnego marcowego poranka Martin zupełnie nie znał jeszcze znaczenia liczby 11. Może gdyby je znał zupełnie inaczej pokierowałby swoim życiem?
Zbiegając schodami w dół tunelu nie patrzył już na tłumy ludzi przewijające się tędy każdego dnia. Nie zauważył matki z dzieckiem z długimi blond włosami pokręconymi tak bardzo, że już bardziej się chyba nie dało ani smutku w jej oczach spowodowanego obojętnością innych na fakt, iż z trudem jedną ręką pchała spacerowy wózek z dzieckiem schodami w górę a drugą ściskała kurczowo ogromną torbę ze sklepu Sports Direct, w którym zapewne przed chwilą kupiła kilka przecenionych ubrań. Nie zauważył pary gejów trzymającej się za ręce, którzy wyglądając na takich, co to nie dostrzegają zupełnie świata wokoło całowali się potykając na schodach dla jednych będąc powodem ekscytacji, dla innych znowu zgorszenia; ulotka wystająca z kieszeni jednego z nich zdradzała, że wracali prawdopodobnie z lunchu w Angus Steakhouse na pobliskiej Coventry Street, gdzie można zjeść najlepsze steki w Londynie. Nie zauważył nawet starszego mężczyzny w czapce z flagą Jamajki podpierającego się o rozkład jazdy metra tuż przed bramkami prowadzącymi do peronów, który rozglądał się na lewo i prawo jakby szukając twarzy kogoś znajomego, kogoś, kogo nie widział od lat a kogo wciąż miał nadzieję spotkać właśnie tutaj.