Standard

za oknem mym
kolorowych świateł miasta
dziesiątki
dom mój
miliony lat świetlnych stąd
zaledwie kilka pięter wyżej
po dachu w palmy cieniu
snuć się zaczynają marzenia
które nie rzucają cienia
na podejrzenia nierealne
po ludzku banalne
kolorowe sny nad miastem
nieśmiało latać zaczynają
machają skrzydełkami
malutkimi jak wiara tego
z piętra drugiego
łóżka piętrowego
poziomu pierwszego
potem delikatnie jak
przy pocałunku warg drgnienie
jak słońca wschodzącego
o brzasku lśnienie
przez okna do pokojów
po cichutku wpadają i
płomienie nadziei na
dobry dzień nowy
w sercach uśpionych
dniem zmęczonych
zapalają
czasem przeganiane
często niechciane
zwykle upragnione
gdy tylko przez przechodniów
niechcący zauważone
uciekają
zawstydzone jakby
przez kraty melancholii
bez trudu przenikają
z rzeki naprzeciwko
złote rybki wyławiają
co to nie trzy
lecz trzydzieści trzy
życzenia spełniają
świeżo wyschnięta łza
szepcze że
chyba się da
popołudnie wciąż
u ciebie
u mnie już noc
dobranoc

 

Komentarze